no title
podobno Gruzja płonie Tybet ginie
a Kosowo jest serbskie
podobno bo ja ich nigdy nie widziałem nawet
nie wiem czy istnieją może wy wiecie
widzicie ten rozbłysk na niebie?
to nie samolot to nie gwiazda spada
to zły imperator z kosmosu
wysadził w pył Matplanetę
wraz z Pi i Sigmą
i ich 6 miliardów małych współbraci
których ciała spłonęły
w nuklearnym holocauście
a mnie bardziej obchodzi
mój kurczak z frytkami
***
łatwo być poetą gdy jest na horyzoncie
Laura o włosach jak łany zboża
Małgorzata o oczach szmaragdowych
czy chociażby
Maria cyprysem pachnąca
lecz cóż począć ma poeta
gdy wkoło same Mariole i Amandy
ekstrema
półżywy gapię się w sufit
minuty kleją się jak melasa
leżę na łóżku palę papierosa
jeden niewłaściwy ruch i pościel w płomieniach
ach, nie ma to jak życie na krawędzi
jak zawsze
po tym, coś mi zrobiła
konwencja nakazuje:
zalać się w trupa
iść po żyletkę
wsiąść do pociągu byle jakiego
siedzieć w deszczu ze zbitą miną
ale:
wódki nie lubię
krwi się brzydzę
do dworca mam daleko
jak na złość dziś nie pada
jak zawsze wszystko spierdolę
dla twojego dobra
„Czy nie możesz przestać?”
Nie, nie mogę
Nie myśl, że jestem sadystą
Nie myśl, że to mi sprawia przyjemność
Ja wcale nie chcę ciebie bić
Robię to dla twojego dobra
Bo wierzę, że jak już opuszczę moje pięści
I zerwę z ciebie cały ten kokon strupów
Znajdę ciebie przemienioną w motyla
Rozmowy pociągowe
Pociąg do Torunia
a w środku – stara znajoma.
Masz ci los.
Podchodzę, uprzejmie zagaduję
Pytam się co u niej ona się pyta co u mnie
Ja udaję, że jej słucham
Ona udaje, że mnie słucha
Stukot kół, gówno słychać
Ale to nic nie przeszkadza
I tak sobie gawędzimy
Ja udaję, że się uśmiecham
Ona udaje, że na mnie patrzy
Pełna harmonia i porozumienie
Mieszkanie
Mamy dziwne mieszkanie
Bo wszystko jest w nim połączone:
Pralkosuszarka
Meblościanka
Wideotelefon
Lodówkozamrażarka
Jaity
Po godzinach
Po godzinach jestem jakiś inny
Jestem taki, jakim mi być nie wypada
Po powrocie do domu zdejmuję moją groźną twarz
Powalające spojrzenie rzucam gdzieś w kąt
Odkładam na półkę moją macho-żel fryzurę
Zdejmuję moje szerokie bary i całą tę muskulaturę
Zrzucam z siebie kostium skurwysyna
(Jak wiadomo, skurwysyństwo jest bardzo modne w tym sezonie)
Zrzucam z siebie to całe przebranie
Bo w sumie czasem mi ono ciąży
Bo w domu nie mam nikogo, kogo mógłbym nim omamić
Półnagi, taki rachityk, idę do mojego łóżka
Z pewnym wstydem szukam ciepła w mojej dużej puchowej kołdrze
Szukam tego ciepła, którego na co dzień tak bardzo mi brak
Upewniwszy się, że nikt mnie na tym nie nakryje
Zasypiam, ciepło myśląc o Tobie.
Rak
Mam raka
Pewnego dnia pojawił się nie wiadomo skąd
I zamieszkał na moim lewym udzie
Nikt go o to nie prosił, ale, co poradzić
Od kiedy on jest tutaj ze mną
Zacząłem jeść trochę więcej
Żeby był duży i silny
Bo obiecał mi, że jak dorośnie
To zabierze mnie gdzieś hen daleko stąd
Herr Thaddäus
PAN TADEUSZ
KSIĘGA CZTERNASTA: POJEDNANIE
W wieczornym świetle, nad brzegiem ruczaju Gerwazy Sędziego rozbierał pomału. Po jakże mozolnej z odzieniem walce W kędziory na nogach wczepił swe palce Chciał Sędzia zakrzyknąć: „Precz ręce ode mnie!”, Lecz Klucznika sekrety i sztuczki tajemne, O których legendy i plotki krążyły Nowego ducha wprawiły w jego żyły. A już całkiem umknął opór Soplicy Na widok srogiej Rębajły kotwicy. Z torsu Sędziego zerwawszy koszulę Zaszedł go od tyłu, chwycił w dłoń swą szpulę Pocałunkami czułymi jął pieścić plecy, Językiem buszował wśród włosów na barkach, Lecz napięcie narastało w jego świecy, Więc siłą rzucił Soplicę na kolanka, I bez subtelności zbędnych weń wkroczył. Sędziemu dech zabrało, na wierzch wyszły oczy Z ogromu zarówno bólu, jak i rozkoszy, Którymi był wypełnion od stóp po uszy. A choć niedługo potrwały te gody (Bo przecież Gerwazy nie jest już młody), To chwila ta jest niezmierzonej wagi Bo Klucznik, od lat tak bardzo Soplicom wrogi Pojednał się z tym rodem ostateczniePrzyjaźnią, która będzie trwała wiecznie.
2 uwag